Dla wszystkich, którzy zastanawiają się, czy namawiać partnera na terapię małżeńską, od razu wyjaśnię z kim pracuję na takich spotkaniach.
Z nim? Nie!
Z nią? Nie!
To z kim?
Z relacją!
Co to oznacza?
W terapii małżeńskiej, jako procesie, który ma na celu przyjrzenie się związkowi, można pracować z jedną osobą, jeśli druga z dowolnych powodów nie może/ nie chce uczestniczyć.
Tak, terapia systemowa dopuszcza taką możliwość i co więcej, nierzadko widzi w tym powodzenie.
Z kolei, kiedy oboje zdecydują się przyjść do gabinetu, to w żaden sposób oboje nie mogą być pacjentami.
Tutaj pacjentem jest relacja między nimi. To ona ich przyprowadziła na sesję i to ona wymaga uwagi.
Z czym się to wiąże?
Najprościej z tym, że jeśli Pani, albo Pan, mają swoje indywidualne oczekiwania względem terapii to mój kontrakt nie obowiązuje dla nich. Odpowiadam na te oczekiwania, które są w służbie relacji.
I tak do upadłego, bez przerwy i nieustannie, aż Państwo będą w stanie określić czy chcą czy nie chcą podjąć się wyzwania pod szyldem .
Powiecie: A tak bardziej po naszemu?
Proszę bardzo!
Jeśli:
Pani* zaprasza mnie do terapii w stylu „opowiem Ci jaki z niego baran”, czyli „ja też nie jestem bez winy, ale przecież nie można nikogo traktować tak, jak on mnie traktował”.
Pan* z kolei zaprasza mnie do terapii w stylu „zostałem skrzywdzony”, czyli „zaopiekuj się mną, zrozum i uprawomocnij moje odejście”.
*Może też oczywiście być w odwrotnej konfiguracji płciowej
Ja odpowiadam na to PAS, nie wchodzę w to.
Ale tutaj jestem dla ich relacji!
I ja sobie poradzę z tym, że Pani nie dostanie tego, po co przyszła, czyli nie zostanie zrozumiana, a Pan nie zostanie zaopiekowany. Jeśli oboje zauważą też jakie oczekiwania może mieć ich relacja – dostrzegą ją jako odrębny byt – to widzę światełko w tunelu.
